rodzic, rednacz, rysownik
It sure does! I’ve never had that much food in one week before! Tajins, meat with nuts in sugar-coated pastry, honey and butter pancakes, tons of vegies with coriander, you name it, I had it! I had plenty of other stuff too, but I’m afraid I can’t reveal what it was as I could get arrested. I’m only writing this in the language cause our police don’t speak it
Z powrotem na ziemi. Oczywiście, wróciłam bez telefonu, zdaje się, że zaniknął podczas finałowej imprezy. Służył mi tam zresztą jedynie jako aparat, ponieważ PLAY nie ma roamingu w Maroku. Haha. Nie pojechałam tam jednak imprezować, tylko pracować. Z Zuzą i z Kosą zresztą. Nasze zaangażowanie zostało docenione na tyle, że trzecią konferencję (pierwsza odbyła się w Istambule) organizujemy-my w Warszawie.
Reszta wieści z frontu tu i tam. Jestem chora, płynę i nie mam siły. A skład jest.
Włosi wyglądają dobrze ponieważ nie rozstają się z okularami przeciwsłonecznymi. My też tak chcemy!
Dwa dni w Milano upłynęły na zakupach na kredyt, bieganiu na ostatnich nogach, żarciu i piciu na umór oraz podziwianiu nowej kolekcji vintage eksponatów NIKE. Czy wiecie, że pierwsze podeszwy robiono w gofrownicy? Poza tym poznaliśmy uroczych Rosjan, podziwialiśmy mediolańskie krówska, znacznie lepiej wymyślone od warszawskich a w bonusie zagubiono mi bagaż a w nim Luigiego.
Po powrocie czekało mnie gaszenie pożaru, czyli rysowanie nowej okładki Exklusiva bo BOSS OF ALL BOSSES zawetował zdjęcie, użeranie się z mało zabawnym PLAY oraz mozolne składanie zeznań podatkowych. Dobrze, że dobrze samotnym matkom w świecie podatków.
Jeszcze lepiej, że się ociepliło, dostaliśmy Grand Front za Figurę (świetnie nadaje się na przycisk do papieru - statuetka, nie Figura) a teraz idziemy na przymusowy urlop. Będę się uczyć jazdy na rolkach w wyludnionych parkach. Potem już tylko skoki ze spadochronem, chociaż niewykluczone, że moje wyniszczone szaleńczym trybem życia i czasem ciało odbije się od drzwi szkoły spadochroniarskiej i odejdzie, niezdrowe, z kwitkiem. Pa.
Hell yeah.
Skoro ten tydzień upływa pod znakiem wielkiej komercji, małego establishmentu, lokalnego showbusinessu i globalnego nie wiem czego, wybrałyśmy się z koHanką na deser do pączkującego monstrum z zielonym klinkierem i ceglastym marmurem.
Pierwsze wrażenie - jestem na jakimś zachodnim lotnisku w strefie wolnocłowej. Drugie wrażenie - coś tu bardzo nie gra. Po chwili namysłu konstatacja - polscy ludzie nie pasują do zachodniego lotniska. Cali są szarzy, buro ubrani i stanowczo zbyt przygnębieni. Przegięte otoczenie podkreśla brak oryginalności w twarzach i fantazji w ubraniu. Sami biali heteroseksualni katolicy. Klony w nieśmiertelnych bojówkach i akrylowych szponach, spalone trwałe w tureckich skórach i martyrologia ubogiej kuzynki Europy wypisana na twarzy. To kobiety, o mężczyznach polskich, trwale niezadbanych, nawet nie chce się wspominać. Trzeba im jednak przyznać, dzielnie biegali wczoraj z wiechciami, zupełnie jakby od tego miało zależeć odpępowienie od mamuś czy przejście do kolejnego etapu gry komputerowej.
Pogrążona w tych smutnych refleksjach zapomniałam zapytać w MAC-u czy dziennikary mają 25% zniżki, jak w niujorku. Sigh.
Dzisiaj z koHanką wzięłyśmy udział w spotkaniu pani prezydentowej z dziennikarską śmietanką rodzaju żeńskiego w pałacu prezydenckim, yeah. Oczywiście znalazłyśmy się tam nieco przypadkiem, wprawdzie koHanka ma wszelkie zadatki na bycie dziennikarską śmietaną, a ja się jednak w ostatniej chwili dopisałam do listy, żeby ją wspierać moralnie (koHankę) w mizianiu się z establishmentem. Ale jak jedna pani za drugą zaczęły twierdzić, że kobiety nie są leaderami bo się nimi nie rodzą (a nie dlatego, że się ich na leaderów nie wychowuje!), że wszystkie dziewczynki lubią różowy kolor a wszystkie panie miłe komplementy i żebyśmy wzniosły toast za WYNALAZCÓW tamponu i zmywarki zagotowało się we mnie ze złości i trzęsąc się z oburzenia i tremy zapytałam, gdzie panie były w czasie niedzielnej Manify, czy panie czytały stek stereotypów jakimi karmi się nasze dzieci w podręcznikach szkolnych i kto ma nas potem reprezentować, skoro my same nie chcemy, spierając się o to, czy bardziej obraża nas goździk, niuch w rękę czy może komplement dotyczący kolczyków?
Piona dla Środy, za to że mówiła najsensowniej i dla Olejnik, że od razu się zakręciła z petycją o niezmienianie zapisu w konstytucji dotyczącego ochrony życia. Dziewczyny, potrzebne są czyny. A nie kulturalne miziu miziu bo ósmy w kalendarzu. Argh!
Od wielu, wielu dni tonę w morzu maili. To już prawdziwa desperacja, na każdą moją odpowiedź przychodzi pięć kolejnych wiadomości. Help!
Smutna prawda jest taka, że 75% mojej działalnosci życiowej odbywa się tu. Mam 3 blogi, publiczny na blog.pl, prywatny na blogarcie i służbowy na x-blogu. A, od niedawna jeszcze fotograficzny, na moblogu. Do tego album na flickrze, strona i 5 kont mailowych. Przez internet pracuję, kupuję mleko i chleb, książki i pieluchy, buty i wózki, płacę rachunki, rozmawiam z rodzicami, śledzę poczynania znajomych, sprzedaję gadżety, sprawdzam autobusy, pogodę i biorytm, szukam niani, rezerwuję bilety, słucham muzyki, oglądam teledyski, czytam prasę, blogi i fora, czasem rysuję. Poza tym nudzę się, wzruszam i wkurzam.
I pomyśleć, że 7 lat temu uważałam się za uzależnioną od internetu. I need a rehab.
Jestem wodnikiem, smokiem, siódemką. Bezwstydną, arogancką szczęściarą. Mam cudne, komiczne i uparte dziecko, wspierającą, dumną rodzinę i niesamowitych przyjaciół, pracę, w której ciągle jest wesoło, a w głowie kolejne rysunki i podróże. Od paru miesięcy chodzę jak na haju. Dobra, wystarczy.
Od wczoraj czytam długi artykuł o Dashu Snow, nieobliczalnym pięknisiu, spermopolaroidowym półbogu nowojorskiej sceny artystycznej. Najpierw był po prostu trudną młodzieżą, potem ogłoszono go artystą. Dash jest jednocześnie szczery i tajemniczy, piękny i zaniedbany - zupełnie intuicyjnie kombinuje te niezbędne artyście cechy w elektryzujący spragnioną świeżego mięsa gawiedź sposób. Poza tym jest bardzo alright dzieciakiem, który połaskotał moją sześciomiesięczną córkę w policzek na domówce u Rity Ackerman.
Kiedy w tym tygodniu oglądałam wszystkie zdjęcia, które dotychczas wygrały World Press Photo, chciało mi się płakać, natychmiast wyjść za mąż za mojego przyjaciela lekarza i wyjechać razem z nim w biedny rejon świata, ratować pokrzywdzone dzieci. I proszę, jak na ironię zdjęcie, które wygrało tegoroczną edycję mówi lepiej niż tysiąc słów kim jestem ja i mi podobni. Wystylizowani, w tarczach przeciwłonecznych, czy też przeciwspołecznych oglądamy biedę tego świata za pomocą multimedialnych przyrządów. Jesteśmy w szoku, chce nam się płakać i nic poza tym.
Chciałam jeszcze wspomnieć, że na pokładzie samolotu swiss european airlines lot LX 1349 Warszawa-Zurich znajdował się Robert Kuśmirowski, bohater Exklusiva#32, człowiek o krzepie drwala, precyzji zegarmistrza i wrażliwości entomologa. Niczym prawdziwy stalker zaczepiłam go przy wyjściu i dowiedziałam się, że właśnie trwa jego wystawa w Migros Museum. Niestety, zdążyłam na samolot do Barcelony i nie obejrzałam tej ani innych wystaw w Zurichu, które gorąco polecał Robert. Podejrzewam, że Polska dorówna Szwajcarii w zainteresowaniu i funduszach na sztukę współczesną gdzieś w okolicach XXIII wieku. Na razie specjalizujemy się głównie w zamykaniu wystaw.
It does!
Nie szkodzi. Jak co roku rzucam palenie (czyli palę tylko cudze ewentualnie tylko na imprezach). Jeśli marudziłam, że tamten rok był rokiem strat, to początek tego trochę mnie niepokoi. Najpierw upuściłam swojego miniPoda na peronie metra pole mokotowskie i od tej pory się zawiesza, głównie na płycie Nightripper genialnego Girl Talk, na marginesie iPhone to jedyny telefon, dla którego byłabym w stanie zrezygnować z nieposiadania telefonu. Potem, kiedy służbowo śmignęłam czekoladowym swissem do Barcelony (18 stopni, palmy, szampan i jeden dzień, arghhhh!) na Bread and Butter i pokaz adidasa, niania mego bobo w akcie wspaniałomyślności uprała moją styraną w komunikacji miejskiej puchową kurtkę z bitej śmietany z kolekcji Viktora&Rolfa dla H&M. Pierze zdechło i zgniło, kurtka wylądowała na śmietniku a ja napisałam sto razy na tablicy “nie będę przywiązywać wagi do rzeczy materialnych” (no chyba, że zaczynają się na “i”).
I tym kolejnym nie do zrealizowania postanowieniem kończę i idę na pokaz Bartka Michalca, chociaż szczerze wątpię, że będzie mi się chciało wyjść z domu. Przyszła zima, a mojemu dziecku rosną już w buzi małe przebiśniegi i jest z tego powodu trochę nieutulone.
ps1. w ramach noworocznych diet polecam French Toast z syropem klonowym w Szpilce oraz dynię zapiekaną w winegrecie w domu.
ps2. życzę również udanych zapisów na jogę i francuski!
Gdybym była o kilka lat starszą lesbijką, co oczywiście jest do zrealizowania, chciałabym, żeby moje komiksy wyglądały jak te:

Dzisiaj jaram się jeszcze tym oraz malarstwem Kurta Jacksona.
Zamiast łapać deprę, od paru tygodni cierpię na euforię. Możliwe, że nabawiłam się jej za sprawą podróży do NYC z Zu i córką. Mieszkałyśmy w Chinatown, u Shoppy i Michała - jednej z bardziej fantastycznych par jakie znam. Służbowy ten wyjazd był pełen niespodzianek (najlepsze: spotkanie Michela Gondry’ego na ulicy, zgubienie portfela z kartami, a po paru dniach telefonu i dowodu). Wszystko to było bardzo inspirujące. Więcej w swoim czasie.
Podejrzewam, że euforia skończy się jednak depresją akurat na święta, póki co trawi mnie nowojorski bakcyl - ledwo stamtąd wróciłam a już kombinuję kiedy pojechać znowu.



